Fennesz: Endless Summer - Mego - CD
VS. Mum: Finally We Are No One - Fat Cat - CD


Christian Fennesz to , jak powszechnie wiadomo, muzyk korzystający z gitary podłączonej do laptopa. Związany jest ze znaną, wiedeńską wytwórnią Mego, która specjalizuje się głównie w brudnych, hałaśliwych i mocno zakłóconych dźwiękach. W 2001 roku jego płyta ,,Endless Summer" przełamała ustalony wizerunek tłoczni i przetarła ścieżkę dla bardziej przystępnych form przekazu. Stając się jednocześnie wizjonerską zapowiedzią emotroniki. Tak naprawdę pierwotnie miałem zamiar napisać recenzję głównej bohaterki większości zeszłorocznych podsumowań - Mum "Finally We Are No One" - jako oficjalnego, sztandarowego przedstawiciela emo ale ostatecznie stwierdziłem, że o wiele ciekawsze i dużo bardziej obrazowe będzie, nieco tylko karkołomne, porównanie obu tych płyt. Zabrałem więc Mum i Fennesza pod pachę i poszedłem do znajomego, który dysponuje bardzo dobrym sprzętem stereo. Mum jako pierwsze zaczęło wirować wewnątrz surowej, kanciastej bryły szwedzkiego Coplanda. Ten album wzbudził w zeszłym roku prawdziwe, medialne tsunami, lecz nie trzeba się nad tym bardziej rozwodzić skoro recenzowano go nawet w Elle, ha, ha! Dobry sprzęt potrafi szybko ujawnić, czy to co wydaje się w miarę ciekawą, pełną niuansów produkcją to tylko plastikowy, chybotliwy landszaft, za którym nic się nie kryje, czy też wręcz przeciwnie. Muzyka płynie, wszystko fajnie, a ja słyszę, że użyte tu szumy i trzaski sprawiają wrażenie niegroźnych zarysowań na masce seryjnego VW Golfa. Soniczny rentgen jest bezlitosny. Nie chcę przez to powiedzieć, iż płyta Mum jest źle wyprodukowana, bo tak nie jest. Prawdopodobnie założenia leżące u podstawy tej produkcji zostały w stu procentach zrealizowane, no i chcąc nie chcąc słychać tą efekciarską kalkulację. Ubranko na miarę - to się musi spodobać! Zdecydowanie ciekawsza była by głębsza, bardziej rozwichrzona i nieprzewidywalna powierzchnia dźwięków. Poza tym ta wszechobecna, nieznośna, emocjonalna nachalność. Za dużo islandzkiego lukru. Urzekające melodie? Owszem, subtelnie szuflowane łopatą wprost do ucha słuchacza! Paradoksalnie muzyka, która w zamierzeniu ma być krucha i delikatna, w praktyce brutalnie narzuca tą swoją gruboskórną emocjonalność. Płyta Islandczyków ma wyraźnie popową konstrukcję odwróconej piramidy - najciekawsze na wierzchu, a im głębiej tym więcej trocin. Notuję parę uwag na kartce i jadę dalej.

Zmiana krążka i wchodzimy w zupełnie inny świat. Ten gęsty sos szumów, zgrzytów, zabrudzeń i hałaśliwych tonów, z których wyłania się i jednocześnie jest zbudowana muzyka Fennesza, teraz dopiero zyskuje na gabarytach i głębi. To prawdziwie koronkowa robota. Ileż tu się kryje możliwości interpretacyjnych dla każdego muzykonauty, otwartego na takie propozycje i nie lubiącego być prowadzonym za rękę. Poszczególne dźwięki potrafią sięgać bardzo daleko w głąb słyszalnej, fraktalnie rozwibrowanej przestrzeni. Nie tylko na przyzwoitym sprzęcie robi to ogromne wrażenie. Cudowna dawka nostalgicznej melancholii niesiona przez tą muzykę jest tym bardziej przejmująca, im bardziej Fennesz nie ma dla niej litości. Szatkuje ją, rozwarstwia, brudzi i zniekształca. Jednak wszystkie te zabiegi tylko podżegają pragnienie aby spod zakłóceń, poprzez nie i również dzięki nim wciąż docierała do nas ta muzyka. Troska o nią, aktywne wyszukiwanie jej wątków, wreszcie akceptowanie jej zjawiskowej, zmiennej i jakże ulotnej natury to bodaj najcenniejsze emocje jakie budzi Endless Summer w słuchaczu. Pamiętam, że kiedy chodziłem jeszcze do szkoły, to zawsze w ostatnich dniach wakacji czułem w powietrzu i wśród lekko żółknących już liści coś podobnego do tej zaklętej tu tęsknoty. Tęsknoty za nierealnym, wiecznym, niekończącym się latem.Zostawmy Mum miłośnikom Diany Krall, dla których będzie to tchnienie prawdziwie awangardowego brzmienia. Niech im będzie. Muzyczny mainstream od dawien dawna pasożytniczo zawłaszcza różne ciekawe wynalazki awangardy ale robi to wolno i powierzchownie, dlatego to co naprawdę ciekawe wciąż czeka w cieniu na dociekliwych poszukiwaczy.

Paweł Matuszek


<<< poprzednia recenzja  
 

RECENZJE

>> Fennesz: Endless Summer; Mum: Finally We Are No One
+ Laika - Lost In Space / Too Pure 2003
+ Lićwiny - Oj u Łużie, Łużie, Licwiny 1998
+ Sielska Kapela Weselna - Na Noge, SKW 2002
+ The Ukrainians - Respublika, Zirka Records 2002
+ Luddite Clone - The Arsonist and the Architect / Relapse Rec
+ Dikanda - Jakhana Jakhana, Dikanda 2002
+ ANKH - Expect Unexpected, MetalMind, 2003
+ Paweł Paulus Mazur syn Marii i Jana - Iperyt Disco/ Simlog CDR
+ Lambert - Pearls
+ Satellite - A Street Between Sunrise And Sunset, MetalMind, 2003
+ NASUM - Human 2.0 / Relapse Rec. CD
+ KOBONG - Chmury nie było / Offmusic CD
+ Tabla Beat Science, Live in San Francisco at Stern Grove, 2002, Palm Pictures
+ Kevin Arnold - Szlafrock Superstars / Red Elephant Records CDR
+ Merzbow - Frog+ / Misanthropic Agenda 2CD
+ Raoul Björkenheim, Apocalypso, 2001, Cuneiform
+ Micro Blue / Plop CD
+ Larsen - Rever / Young God Records
+ PainKiller, Talisman: Live in Nagoya, 2003, Tzadik
+ John Zorn - IAO / Tzadik CD
+ Current 93, The Great in the Small, 2000, Durtro