Willard? Dobry jesteś, Willard

Grudniowe trasy koncertowe Woody`ego Allena i towarzyszącej mu od lat grupy New Orleans Jazz Band stały się już tradycją. Reżyser dotychczas zwiedził tylko zachodnią część Europy, ale - jak sam wyznał w jednym z wywiadów - zawsze był ciekaw Polski.
Dowiedziawszy się, że w tym roku Allen ma zamiar zagrać w warszawskiej Sali Kongresowej, zamarłam; a informacja o cenach biletów zmroziła mnie dodatkowo (od 180 zł do 640 zł). Nie przypuszczałam, że uda mi się pojechać. A jednak! "Znaczenie szczęśliwego przypadku w życiu jest często niedoceniane" - jak powiada ... Allen.
Kiedy mówiłam znajomym, że jadę na koncert Woody`ego, dziwili się, nie wiedzieli, iż reżyser gra na klarnecie. Tymczasem Allen trenuje codziennie z ogromnym zapałem. Zamiłowanie do nowoorleańskiego jazzu rozwinęło się, kiedy był jeszcze nastolatkiem. Ćwiczył w domu, przy nagraniach George`a Lewisa, którego zdjęcie stoi na półce w jego apartamencie. Zawsze powtarzał, że nic nie ukształtuje nas tak, jak nieustanne obcowanie ze sztuką, w której arkana chcemy się zagłębić. Inspirował się także Louisem Armstrongiem, Ishamem Manzim Johnsonem i Woodym Hermanem (od tego ostatniego zaczerpnął wszak swój przydomek).
Nigdy nie interesowałam się muzyką Allena, jestem miłośniczką jego filmów. Jazz traktowałam jako idealnie dobrane, harmonizujące z filmową fabułą tło, a także jako element charakterystyczny dla twórcy kina autorskiego. Dla reżysera jednak muzyka zdaje się być niezwykle istotna. Często, jak choćby w "Manhattanie", pisał sceny, które miały pasować do melodii. Według niego materia dźwiękowa nie tylko wzbogaca film, ale czasami nawet go ratuje. "Kiedy do dobrego filmu podkłada się dobrą muzykę, to działa jak poker z ręki" - zwykł mawiać. Eric Lax w biografii Allena przytoczył anegdotę o tym, jak to obaj udali się do sklepu z płytami i tam Lax zagadnął reżysera, by zaproponował mu jakieś jazzowe nagrania. Allen bez namysłu wyszukał kilka płyt i podając je Laxowi, dodał: "Dałbym wszystko, żeby słuchać ich po raz pierwszy" - a ja właśnie miałam zetknąć się z New Orleans Jazz Band po raz pierwszy.
I nastał grudniowy wieczór przed Pałacem Kultury i Nauki - kolejka ciągnęła się bez końca. Gdzieś w niej ja - przestępująca z nogi na nogę - trochę z zimna, trochę z podekscytowania. W kolejce także sporo znanych, choćby z telewizji, osób. Po dwudziestu minutach znalazłam się w środku. Wielka sala, szum, harmider, pełne napięcia oczekiwanie. Nawet sąsiedztwo Muńka Staszczyka, nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia, w końcu już za chwilę miał zasiąść na scenie Woody Allen i błahy fakt, że dzieliły nas "tylko" trzydzieści cztery rzędy, w ogóle nie miał znaczenia. Skromna scena, a na niej tylko instrumenty i cztery krzesła. Zapowiedź Grażyny Torbickiej dłużyła mi się niemiłosiernie, i w końcu wyszedł pierwszy muzyk - owacje! Czyżbyśmy myśleli, że to Allen? Mistrz pojawił się dopiero po chwili. Niczym stary przyjaciel, niezmieniony, w nieodłącznych okularach, brązowych sztruksach, białej koszuli i mokasynach. Zamknęłam oczy, ale szybko je otworzyłam, chciałam się nasycić widokiem mojego idola.
Po zagraniu kilku popularnych standardów Woody podszedł do mikrofonu, by przywitać się z publicznością. Wspomniał, że wraz z zespołem, postarają się nas zabawić starym, nowoorlańsim jazzem - czyli muzyką smętną i wesołą jednocześnie, muzyką hymnów i marszów ulicznych, graną w kościołach i na pogrzebach. Wyobraziłam sobie wówczas, że tak musiały wyglądać występy komika z lat siedemdziesiątych, kiedy to w nowojorskim Michael`s Pubie, udawał, że klarnet to jedynie rekwizyt, służący do zapełniania przerw między skeczami. Wygrywał na nim krótkie melodie, robiąc przy tym zabawne miny. Teraz było zupełnie inaczej i ci, którzy czekali na błyskotliwy żart, musieli obejść się smakiem. Allen sprawiał wrażenie skromnego i nieśmiałego konferansjera, zapraszającego na występ kogoś o wiele bardziej oczekiwanego niż on sam - muzyków pod dyrekcją, grającego na banjo, Eddy`ego Daviesa (który to czuwa nad repertuarem, liczącym ponad 1200 kompozycji i przygotowuje aranżacje): waltornisty Simona Wattenhalla, puzonisty Jerry`ego Zigmonta, perkusisty Roba Garcii - czyli stałego składu, występującego regularnie w kawiarni hotelu Cryle na Manhattanie. Moje wrażenie może potwierdzić opinia trębacza z Preservation Hall Jazz Band, z którym Allen nagrywał ścieżkę dźwiękową do "Śpiocha". Percy Humphrey przyznał: "Woody ma wspaniałe ucho. Gra to, co inni. Nie stara się rżnąć gwiazdy".
Pozostali muzycy śpiewali, po każdej solówce obficie nagradzaliśmy ich brawami, największe owacje zebrał perkusista. Pogodne brzmienie klarnetu Allena nadawało nowoorleańskiej muzyce, określanej zwykle jako surowa i chropowata, lekkości i śpiewności. Eric Lax uważa, że wykonania Allena wywołują nastrój "smutny, z domieszką słodyczy i odcieniem tęsknoty ". Ja, słuchając tych dźwięków, odniosłam zupełnie przeciwne wrażenie. Muzyka wydała mi się dynamiczna, pełna życia i radosna.
W czasach, kiedy Allen był popularnym komikiem, tłumy ściągały na jego występy dla zmyślnych dowcipów, nikt nie przejmował się jazzem. Sądzę, że teraz było podobnie, jednak do czasu. Nie wiadomo kiedy zorientowałam się, że nie wpatruję się w ulubionego reżysera, nie śledzę każdego jego ruchu, podrygiwania, przecierania ust po solówce, a po prostu słucham muzyki. Allen wybijał nogą rytm, a ja wraz z nim; moi sąsiedzi również nie mogli usiedzieć w miejscu. Chyba wszyscy dobrze się bawiliśmy. Tym razem Woody zamiast słowem, posłużył się dźwiękiem i to okazało równie charyzmatyczne.
Marzeniem Allena zawsze było zdobycie uznania jako muzyk, a jeśli nie muzyk, to chociaż dobry rzemieślnik klarnetu. Sam siebie uważa za muzyka kiepskiego, co i tak brzmi pocieszająco, jeśli dodam, że wcześniej nazywał siebie - "fatalnym". Niektórzy twierdzą, że jego graniu brak drapieżności i pazura, ale owacje na stojąco w Sali Kongresowej 28 grudnia przeczą takim opiniom (choć nie można oprzeć się wrażeniu, że te oklaski były niczym honorowy Oscar, podziękowanie za najwybitniejsze dzieła, takie jak "Annie Hall" czy "Manhattan").
Kiedy po nagraniu muzyki do "Śpiocha" Albert Bubank, jeden z najbardziej znanych klarnecistów nowoorleanskich, podszedł, by pogratulować Allenowi udanego koncertu w pobliżu znajdował się inny muzyk Jim Robinson. Ten również winszował reżyserowi - jego brzmienie przypominało mu styl George`a Lewisa, co dla Allena stanowiło największy komplement. Po czym Robinson zapytał:
" Jak mówiłeś, że się nazywasz?"
"Woody"
"Willard? Dobry jesteś, Willard".

Karolina Bednarek


 

RECENZJE

+ Limonada - LimoNada
+ Phil Cohran & The Artistic Heritage Ensemble - On the Beach
+ Sun Ra & His Solar Arkestra - Secrets of the Sun
+ Ishikawa Akira & Count Buffalo - Uganda - Dawn of the African Rock
+ Eric La Casa/Jean-Luc Guionnet - Inscape. Lille-Flandres
+ Lionel Marchetti/Jean-Baptiste Favory - 100 000 Années
+ T. Gadomski/T. Mirt - Si Si
+ Bionulor - Bionulor
+ Pari Zangeneh - The Series of Music for Young Adults. Iranian Folk Songs
+ Chico Magnetic Band - Chico Magnetic Band
+ Stone Harbour - Emerges
+ Eduardo Mateo - Mateo Solo Bien Se Lame
+ John Foxx - The Garden- Deluxe Edition
+ Rapoon - Obscure Objects Of Desire
+ Gang Gang Dance - Saint Dymphna
+ Mr. Oizo - Lambs Anger
+ Jóhann Jóhannsson - Frodlândia
+ Red Snapper - A Pale Blue Dot
+ Squarepusher - Just A Souvenir
+ Roots Manuva - Slime & Reason
+ Red Box - The Circle & The Square
+ The Cure - Kiss Me Kiss Me Kiss Me - Deluxe Edition

- - - - - - - - -

WYWIADY / RELACJE

+ Willard? Dobry jesteś, Willard